Sekrety producentów, wstęp i cz. 1. – crescendo

waveformNad produkcją muzyki, nie tylko pop, pracowało pokolenia kompozytorów, tekściarzy, realizatorów, instrumentalistów, wokalistów i wielu wielu innych. W ten sposób w muzyce mainstreamowej ukształtował się pewien kanon zasad i tricków, które pomagają tworzyć przeboje prawie że na zawołanie. Przypominało to trochę Darwinowską ewolucję – metodą prób i błędów dobierano najlepsze rozwiązania gwarantujące pozytywny odbiór. A nie było to proste, bo jak określić jaki czynnik najbardziej decyduje o sukcesie piosenki? Sprzedaż czy słuchalność pozwala jedynie porównywać popularność piosenek a i słuchacze zazwyczaj oceniają binarnie – fajne lub nie – bez zagłębiania się w szczegóły. Całe szczęście udało się, a co więcej mamy także ludzi, którzy zgłębili te tajniki, w tym producenckiego króla pop – Maxa Martina (21 numery 1 i 54 nagrania w Top10 Billboard Hot100). W tym cyklu postaram się przyjrzeć sztuczkom stosowanym przez najlepszych, a zacznę od crescendo.

Crescendo (czyt.: kreszendo) z włoskiego znaczy „coraz głośniej” i z tym określeniem spotkacie się raczej tylko w szkole muzycznej przy zapisie nutowym. Jako że najpowszechniejszym językiem świata jest język angielski, w różnych tekstach raczej znajdziecie określenie fade-in i jest to chyba jeden z najpopularniejszych efektów stosowanych w erze cyfrowej. Najgorsze co może spotkać piosenkę (i słuchacza) jest… nuda! Monotonne podkłady instrumentalne są wstanie zabić nawet najlepsze kompozycje. I tu z pomocą przychodzi właśnie crescendo.

Fade-in daje wrażenie narastania energii muzycznej, stąd idealnie pasuje do wszelkiej maści łączników – przedrefrenów i mostów, ale także intro czy nawet zwrotek. Przykłady? Proszę bardzo:  Lady Gaga – Applause, Katy Perry – Dark Horse, David Guetta – Titanium (tutaj crescendo jest i w zwrotkach i przedrefrenie), Macklemore & Ryan Lewis – Thrift Shop i wiele, wiele innych…

Paradoksalnie fade-in, czyli dosłownie „zgłaśnianie” zazwyczaj ma niewiele wspólnego ze podkręcaniem cyfrowej gałki „volume”. Dzieje się tak dlatego, że współczesne standardy zalecają aby nagranie miało równy poziom głośności, dzięki czemu można je słuchać przy dużym hałasie (np. w komunikacji miejskiej). Ma to też swoje wady – zbytnie kompresowanie dynamiki „spłaszcza” brzmienie, przez co płyta Taylor Swift jest głośniejsza od nagrań Metalliki.

Głośność jest dość skomplikowanym zjawiskiem psychofizycznym, która zależy nie tylko od ciśnienia akustycznego (czyli „decybeli”), ale i widma dźwięku. Nasze ucho jest najbardziej wrażliwe na tony o częstotliwości 3 – 4 kHz (to też zależy od ciśnienia akustycznego), a dźwięki o złożonym widmie (dużo harmonicznych) są dla nas głośniejsze. Te fakty wykorzystywane są właśnie do wykonywania fade-in.

Podstawowym narzędziem do tworzenia crescenda jest cyfrowy filtr dolnoprzepustowy (Low-pass filter). Zadaniem takiego filtra jest tłumienie widma powyżej pewnej częstotliwości, tzw. częstotliwości granicznej (cut-off frequency)*. Brzmi to bardzo skomplikowanie, ale w praktyce brzmi to tak jakby dźwięk był „pod wodą”, a poziom tego stłumienia zależy od częstotliwości granicznej – im niższa tym tłumienie większe.

Charakterystyka częstotliwościowa filtra LP. Fot.: thedelimagazine.com

Charakterystyka częstotliwościowa filtra LP. Fot.: thedelimagazine.com

* Proces filtracji na drodze cyfrowego przetwarzania sygnału jest tak naprawdę dość złożoną operacją, która wykracza poza zakres bloga. Dla zainteresowanych powiem, że filtry cyfrowe najczęściej realizuje się poprzez splot odpowiedzi impulsowej filtru z ciągiem próbek (sygnał cyfrowy jest sygnałem dyskretnym spróbkowanym w dziedzinie czasu i skwantowany w dziedzinie częstotliwości). W zależności od odpowiedzi impulsowej otrzymuje się filtry o różnych charakterystykach częstotliwościowych (transmitancjach) – częstotliwości granicznej, nachyleniu zbocza i zafalowaniach.

Aby zrobić fade-in wystarczy płynnie zwiększać częstotliwość graniczną filtru LP. Całe szczęście w erze DAWów jest to banalnie proste i wystarczy dodać automatyzację cutoffu. Znowu – brzmi to jakoś strasznie skomplikowanie, a w praktyce wygląda to tak, że programujemy wtyczkę tak, aby automatycznie zmieniał się jej parametr – częstotliwość graniczna. W świece analogowym wyglądałoby to tak, że musielibyśmy płynnie kręcić suwakiem filtru i co ciekawe… tak kiedyś robiono! Nagrywano na taśmach wszystkie instrumenty i wokale, następnie włączano je i w czasie rzeczywistym nagrywano na taśmie master wszystko razem. Wtedy automatyzacja wyglądała tak, że do realizatorki wchodziło kilku facetów, którzy uczyli się sekwencji przesuwania suwaków na konsoli. Jeden błąd i trzeba było powtarzać wszystko od nowa – wyobraźcie sobie, że w ostatnich sekundach Wasz kolega zamiast przesunąć suwak w górę, pcha go do dołu…

Efekt końcowy możecie posłuchać tutaj w introdukcji (pierwsze 13 sekund):

Reklamy

2 thoughts on “Sekrety producentów, wstęp i cz. 1. – crescendo

  1. Pingback: Ellie Goulding – „On My Mind” [analiza/recenzja] | MUZYKA, SŁAWA I PIENIĄDZE

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s